poniedziałek, 15 lutego 2016

Chapter Sixteen


*********

          Powoli zsunęłam się z ostatniego schodka, rozglądając się po pokoju, szukając sylwetki taty. Niepewnie skierowałam się do salonu, skąd dochodziły odgłosy rozmowy. Zagryzłam wargę, wchodząc do pomieszczenia, uważnie obserwując Francesce i ojca, pogrążonych w cichej rozmowie. Kilka sekund później oczy kobiety, spoczęły na mnie a na jej twarzy pojawił się radosny uśmiech.
- Danielle! Dziecko, już wstałaś! - zawołała, podchodząc do mnie i mocno obejmując. Spojrzałam na nią, uważnie obserwując - Lekarz mówił, żebyś nie ruszała się przez kilka dni z łóżka. Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz?-skinęłam głową w odpowiedzi, cały czas patrząc na tatę.
           Mężczyzna powoli obrócił się w naszą stronę, skupiając na mnie swój wzrok. Momentalnie wbiłam spojrzenie w podłogę, bojąc się spojrzeć w jego oczy. Nie miałam pojęcia co mogłabym tam zobaczyć. Czy byłby to zawód tym wszystkim co się stało? Przecież tata wcale może nie chcieć się mną zająć, może mieć gdzieś to co działo się w domu. Bałam się, że mógłby mnie odesłać do matki, a ja musiałabym przeżywać koszmar na nowo.
            Spięłam się, kiedy usłyszałam ciche kroki, aż w końcu mocne ramiona objęły moje ciało i mocno przycisnęły do klatki piersiowej. Bezwiednie objęłam tatę, wtulając się w jego pierś, powstrzymując się od jęku bólu. Zaciągnęłam się znajomym zapachem perfum, czując jak łzy powoli napływają do moich oczu. chwilę później moim ciałem wstrząsnął szloch, a ja jeszcze mocniej przyległam do ojca.
- Danielle... obiecuję, że nic ci się już nie stanie, przysięgam - usłyszałam cichy szept taty. Sapnęłam cicho, mimowolnie odwracając głowę w kierunku stolika, na którym leżała sterta papierów. Wysunęłam się z uścisku ojca, zaciekawiona chwytając kilka kartek. Na samej górze widniało moje zdjęcie oraz imię. Zmarszczyłam brwi - Dokumenty dla sądu. Mam zamiar wnieść oskarżenie przeciwko twojej matce. To co ci zrobiła nie ujdzie jej na sucho. Nie tym razem.
           Drgnęłam słysząc gniew w głosie mężczyzny. Dobra passa mamy dobiegła już końca. Ona wyląduje w więzieniu a ja zostanę z tatą... No właśnie.
- Tato, nie chcę wyjeżdżać ze stanów - powiedziałam cicho, wbijając spojrzenie w podłogę. - Dobrze mi tutaj, mam tutaj swoich przyjaciół... nie chcę zmieniać środowiska.
- Danielle... wiesz, że nasz dom jest we Francji. Tam mam główną siedzibę firmy, nie mogę tak nagle wszystkiego zostawić i zamieszkać tutaj... a ty sama nie możesz zostać. Nie masz nawet 18 lat!
- Nie chce mieszkać we Francji! - krzyknęłam odwracając się - Moje miejsce jest tutaj, w USA. Nie zabieraj mi tego tak jak mama - szepnęłam cicho, mrugając aby odgonić łzy. - Tutaj jest mój dom.
             Cisza jaka zapadła dzwoniła mi w uszach. Wiedziałam, że ranię uczucia taty, jednak nie mogłam, ba nie chciałam przenosić się do innego kraju. Myśl o ponownym zaaklimatyzowaniu się i poznaniu nowych ludzi przerażała mnie.
- To nie jest odpowiedni moment na tę rozmowę - Francesca potarła moje ramiona w pocieszającym geście - Póki co zostaniesz tutaj z nami aż rozprawa dobiegnie końca. Nie martw się.
 Za późno.

~*~

- Jakim cudem? Jakim pieprzonym cudem?- warknęłam, unikając kolejnego natarczywego reportera. Wbiegłam do jednego ze sklepów z wdzięcznością obserwując jak postawny ochroniarz niemal natychmiast zamyka drzwi na klucz. Tłum paparazzi zderzył się z szybą, jednak mimo to nadal wykrzykiwali w moim kierunku pytania a lampy aparatów błyskały robiąc kolejne zdjęcie. Oparłam się o stoisko za mną, nerwowo przeczesując włosy. Pomysł wyjścia na spacer, a potem zrobienie zakupów, aby uzupełnić zapasy lodówki wydawał się całkiem dobry rano, ale kilka minut po wyjściu z willi taty zdążyłam kilka razy przekląć własną głupotę. - Cholera. Co teraz?
- Danielle?
           Odwróciłam się, wpadając na pierś Liama. Zamrugałam oczami odsuwając się na kilka kroków, i podnosząc głowę - Co się dzieje? - zerknął na wejście sklepu, nagle rozumiejąc. - Oh.
- Oh - sparodiowałam wywracając oczami - Po co za mną chodzą? Nie jestem nikim wielkim aby umieszczać mnie na... pierwszej stronie - rzuciłam, wskazując na gazetę obok z moją podobizną - Nie powinni zajmować się kimś takim jak ty?
- Jesteś autorką oficjalnego opowiadania o nas, to im wystarczy - zaśmiał się, chwytając mnie za ramię i prowadząc w głąb sklepu, z dala od krzyczących osób. - To teraz będzie twoja codzienność, musisz przywyknąć. Z biegiem czasu będzie lepiej, ale nie od razu.
          Westchnęłam głośno, opuszczając ręce. Polowi szłam za chłopakiem, uważnie go lustrując. Ubrany był w jasne jeasny i białą koszulkę. W pasie przewiązał się czerwono-czarną koszulą w kratę a z tylnej kieszeni spodni wystawała kolorowa chustka. Nieświadomie zagryzłam wargę, prawie natychmiast karcąc się w myślach. Payne podszedł do jednego z pracowników sklepu, cicho coś do niego szepcząc. a potem kiwając na mnie głową.
- Kiedy znajdziesz się w sytuacji takiej ta, wyjdź tylnym wyjściem. Nie warto czekać, aż tłum zmaleje - uwierz mi zbyt dużo czasu to zabiera - rzucił, kiedy znaleźliśmy się na podwórku z tyłu sklepu. Skinęłam niemo głową, wkładając ręce do kieszeni, kierując się w stronę wyjścia - Danielle! Podziękuj swojemu ojcu. Dzięki niemu możesz teraz publikować dla nas.

*******
Cześć Wam!
Odcinek mega krótki - przepraszam, ale nie potrafię się skupić na tym opowiadaniu. Zastanawiam się czy nie skrócić odcinków - planowo zostało jeszcze pięć rozdziałów - nie mam pojęcia czy dam radę, czy nie wrzucę ich do jednego worka i nie zakończę opowiadania wcześniej. Zobaczymy.
Komentujcie - to cholernie pomaga :)
Kto ma ferie? Ja!
Kto musi chodzić do szkoły normalnie na lekcje? Ja!
Pierdolona szkoła....
x
Ch.

czwartek, 21 stycznia 2016

Chapter Fifteen

*******
Danielle P.O.V.

          Leżałam w swojej sali i wpatrując się w sufit czekałam na przybycie mojego ojca. Kroplówka, podpięta mi za pomocą wenflonu do ręki, spływała powoli, powodując nieprzyjemne uczucie chłodu, rozchodzące się po mojej żyle. Telefon Liama leżał na szafce obok łóżka, ale nie byłam w stanie nic wymyślić. Czułam się głupio po tym, jak przyłapał mnie na korzystaniu z jego własności bez jego wiedzy o tym. Westchnęłam cicho, spuszczając wzrok na swoje dłonie, którymi zaczęłam się bawić. Miałam dość leżenia tutaj i nudzenia się. Denerwowałam się tym wszystkim. Przecież ojciec mógł w ostatnim momencie rozmyślić się i zrezygnować z przygarnięcia mnie. Chciałam mieć już to wszystko za sobą, żeby móc położyć się w jakimś normalnym łóżku i zasnąć. A najlepiej, żeby już nigdy się nie obudzić.
          Westchnęłam cicho, niepewnie spoglądając na wenflon, aż w końcu zdecydowałam się go wyjąć. Kabelek przez który podawany był mi przezroczysty płyn, spokojnie dyndał obok łóżka. Przeczesałam dłonią włosy, zsuwając się z pościeli i podchodząc do drzwi. Niepewnie je uchyliłam, spoglądając na korytarz, a kiedy nikogo nie zauważyłam, spokojnie wyszłam. Nie wiedziałam, gdzie chcę iść, a spacer korytarzami szpitala wydawał mi się o wiele lepszym pomysłem niż bezczynne leżenie w łóżku.
          Minęłam dyżurkę pielęgniarek, uśmiechając się nieznacznie kiedy żadna z nich mnie nie zatrzymała. W duchu dziękowałam lekarzom, za to że nie przebrali mnie w szpitalny fartuch. Wtedy na pewno nie byłoby tak łatwo jak teraz. Wsunęłam się do windy, opierając się o jedną ze ścian tępo wpatrując się w podłogę. Mimo, że Niall mówił, że nic mi się już nie stanie, a mama mnie nie tknie, miałam pewne obawy. Znałam swoją mamę, wiedziałam, ze nie odpuści - a teraz jest jeszcze bardziej wściekła niż wcześniej.
          Uniosłam wzrok spoglądając na powoli otwierające się drzwi. Zmarszczyłam brwi, kiedy zauważyłam korytarz z schodami w górę. Powoli na nie weszłam, spoglądając za siebie i nasłuchując czy ktoś za mną nie szedł. Bez wątpienia ktoś już zauważył moje zniknięcie.
           Pchnęłam metalowe drzwi, wychodząc na dach budynku i wdychając świeże powietrze. Usiadłam na środku, tępo wpatrując się w błękitne niebo. Przymknęłam oczy zastanawiając się nad tym jak teraz będzie wyglądało moje życie. Nie chciałam wyprowadzać się do Francji, wolałam zostać  USA i tutaj skończyć szkołę. Jednak wiedziałam, że ta decyzja nie zależy ode mnie tylko od taty. A ja nie mogę wymagać od niego zostania w Ameryce, kiedy jego dom znajdował się we Francji. Nie mogłabym zrobić mu czegoś takiego.
          Słońce zaczynało powoli zachodzić, kiedy usłyszałam jak metalowe drzwi gwałtownie się otwierają i kilka osób wpada na dach. Objęłam mocniej swoje skulone kolana, wpatrując się w złotą kulę, ignorując ciche szepty i czyjeś kroki.
- Danielle. Dlaczego uciekłaś ze swojej sali? - leniwie obróciłam głowę w kierunku Liam'a rzucając mu sceptyczne spojrzenie. Chłopak zmarszczył brwi, siadając obok mnie - Co się dzieje?
- Nie ważne. - mruknęłam cicho. - Tata już jest?
          Szatyn skinął głową, zerkając za nasze plecy. Westchnęłam cicho podnosząc się na nogi i odwracając. Pora zacząć wszystko od nowa.

Liam P.O.V.

          Ciężko opadłem na hotelową kanapę wpatrując się w rozmawiającego Nialla. Blondyn mruczał coś cicho do telefonu co chwila wywracając oczami i wzdychając. Skrzywił się nieznacznie opadając obok mnie i zakrywając ręką oczy. Po chwili odrzucił telefon, nie krzywiąc się kiedy wydał nie miły dźwięk.
- Dzwonił Zayn. Mamy wracać do Londynu i przygotować się do promocji Danielle.
          Drgnąłem nieznacznie odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy. Z chęcią wsiadłbym w najbliższy samolot i wrócił do domu, jednak nadal nie mieliśmy podpisu opiekuna Danielle na naszej umowie, a bez tego cały plan był nie ważny. Westchnąłem cicho mrucząc i kręcąc powoli głową.
- Musimy mieć ten podpis. Bez tego ani rusz - mruknąłem cicho przeczesując ręką włosy. Spojrzałem na przyjaciela, który w milczeniu pokiwał głową, skupiając się na swoim telefonie. Wywróciłem oczami, sam wyciągając urządzenie i odblokowując go. Zamrugałem zdezorientowany, kiedy zauważyłem otwartą stronę bloga Danielle. Uśmiechnąłem się, widząc nowy odcinek, jednak po chwili moja ekscytacja opadła, widząc nieznany mi język. Zaintrygowany, skopiowałem tekst, decydując się samemu go przetłumaczyć za pomocą Google. Musiałem wiedzieć co się wydarzyło w kolejnym odcinku.

'' - Może ma rację? Może faktycznie nie ma sensu w naszym związku, co?! 
     Drgnąłem słysząc jej podniesiony ton. Uchyliłem jedno oko, uważnie obserwując dziewczynę i jej czerwoną ze złości twarz. Nie sądziłem, że jeden wywiad mógł ją tak bardzo rozwścieczyć.
- Daj spokój, to przecież nic takiego - westchnąłem, przyciągając blondynkę do siebie. Chwilę później dziewczyna wyrwała się, odchodząc w przeciwną stronę. - Dobrze. Nie powiedziałem dziennikarce, aby się od ciebie i naszego związku odczepiła, wiesz dlaczego? Ponieważ gdybym to zrobił w mediach panowałaby burza, która...
- Tak samo jak teraz! - przerwała - ''Czy Zayn Malik nie traktuje swojej dziewczyny poważnie?'' ''Związek Malika wisi na włosku!'' ''Kłopoty w raju?'' - zacytowała rzucając w moją stronę gazety. Zerknąłem na nie mimochodem, krzywiąc się na swoje zdjęcia zamieszczone na okładce - Chciałeś uniknąć burzy? Brawo, wywołałeś tornado!- krzyknęła ostatni raz na mnie spoglądając i wychodząc z pokoju, głośno trzaskając drzwiami.
Brawo Malik, znowu wszystko spieprzyłeś.''

          Warknąłem zirytowany, kiedy ekran zamigotał, ukazując przychodzące połączenie. Zmarszczyłem brwi, prostując się i nerwowo czyszcząc gardło.
- Liam Payne, słucham? - odezwałem się, odbierając nieznany numer.
- Witam, nazywam się Michael Jones, jestem ojcem Danielle. - zamrugałem oczami, uderzając ręką Nialla siedzącego obok mnie. Blondyn cicho syknął patrząc na mnie ze złością. - Dzwonię... w sprawie kontraktu. Wiem, że jest już podpisany, jednak...
- Czy chce Pan się wycofać? - zapytałem czując jak serce podchodzi mi do gardła.
- Nie, nie... wiem, że potrzebujecie mojej zgody na publikacje. Więc, cóż, macie ją.
Właśnie dobiłem targu życia.

*********
Cześć i czołem!
Dość długo nikogo tutaj nie było...
ale nie mam zamiaru już znikać, i jeżeli nic nie wpadnie mi do głowy to zostało nam 6 odcinków i epilog.
Przepraszam za tak długą nieobecność! 
Liczę, że jeszcze ktoś tutaj jest :)

niedziela, 8 listopada 2015

Chapter Fourteen


*******

~Danielle ~

          Nie byłam zdziwiona, kiedy po otworzeniu oczu okazało się, że nie jestem w swoim pokoju, czy w samochodzie lekko spanikowanego Liama. Doskonale wiedziałam, że skończę w białym, szpitalnym pomieszczeniu, które wręcz odstraszało swoją sterylnością. Usiadłam powoli i skrzywiłam się mocno. Tępy ból rozszedł się po mojej czaszce. Wplotłam palce we włosy i zaczęłam okrężnymi ruchami puszków palców, masować skórę głowy. To zawsze działało. Spojrzałam w dół na swoje ubrania. Byłam szczerze zaskoczona, kiedy okazało się, że w dalszym ciągu mam na sobie swoje zakrwawione ciuchy, w których tutaj przyjechałam. Spodziewałam się, że przebiorą mnie w te białe stroje, rodem z psychiatryka. No cóż... Może po prostu naczytałam się za dużo książek i naoglądałam za dużo filmów.
          Powoli wstałam z łóżka. Musiałam jak najszybciej wrócić do domu, żeby wytłumaczyć to wszystko matce i - w najlepszym przypadku - błagać ją na kolanach, żeby pozwoliła mi z nią mieszkać przynajmniej do ukończenia osiemnastego roku życia. Nie udało mi się jednak zajść daleko, ponieważ poczułam jak ktoś łapie mnie w pasie i przyciąga do siebie. Jęknęłam cicho, zaciskając powieki, kiedy ból po raz kolejny dał o sobie znać. Wyswobodziłam się z niechcianego uścisku i odwróciłam przodem do napastnika.
- Nie powinnaś opuszczać swojej sali. Lekarze podejrzewają lekki wstrząs mózgu, a nie podpięli ci żadnych kroplówek tylko dlatego, że nie wiedzieliśmy z Liamem na co jesteś uczulona - zmierzyłam uważnym wzrokiem Horana i cofnęłam się kilka kroków w tył. Nie chciałam, żeby mnie ktoś dotykał. Nadal byłam zbyt obolała. - Danielle, wróć do łóżka, a ja powiadomię lekarza o tym, że się obudziłaś.
           Niepewnie posłuchałam chłopaka, zagryzając nerwowo wargi. Chciałam jak najszybciej stąd wyjść i pomyśleć nad wymówkę dla Liama. W końcu to on mnie znalazł poturbowaną po kolejnym  ataku szału mojej matki - wyjaśnienia w końcu się mu należą. Westchnęłam przeciągle wbijając znudzony wzrok w okno, odliczając kolejne sekundy od wyjścia blondyna. Zdecydowanie nie wracał przez dłuższy czas.
          Drzwi rozsunęły się, ukazując starszego, siwiejącego mężczyznę w białym kitlu. Uśmiechnął się zerkając na kartę przypiętą w nogach mojego łóżka i zapisując coś na kartce papieru.
- Jak się czujesz? Masz mdłości? Boli cię głowa? - zapytał, ściągając stetoskop z szyi i wkładając słuchawki do uszu.
- Czuję się dobrze, mogę już stąd wyjść?- mruknęłam, obracając się do niego plecami i podciągając koszulkę. Zacisnęłam zęby, ignorując narastający ból w całym ciele.
- Co to to nie. - zaśmiał się przykładając do pleców metalową część i nasłuchując. - Zrobimy c kilka badań, wyjdziesz dopiero, gdy zgłosi się po ciebie twój opiekun.
          Znieruchomiałam, tępo wpatrując się z mężczyznę. Mama... ona tutaj przyjdzie?!
          Lekarz zmarszczył brwi, widząc narastający niepokój w moich oczach. Siłą położył mnie na łóżku, podpinając leki nasenne, kiedy nie reagowałam na marne próby uspokojenia mnie. Zdecydowanie miałam atak paniki.

~*~

          Słońce powoli zachodziło, kiedy ponownie otworzyłam oczy. Zamrugałam, wyostrzając obraz i spoglądając na siedzącego obok chłopaka. Głowa Liama zwisała w dół, a jego klatka piersiowa powoli uniosła się w górę i w dół. Odetchnęłam z ulgą, widząc jak chłopak pogrążony jest we śnie, zdecydowanie nie byłam gotowa na rozmowę z nim... z kimkolwiek.
          Powoli odwróciłam głowę, chcąc znaleźć coś dzięki czemu mogłabym zapomnieć na chwilę o otaczającym mnie świecie. Niepewnie wyciągnęłam rękę do telefonu, który leżał na szafce obok łóżka, mocno chwytając go w zdrętwiałe palce. Miałam tylko nadzieję, że Payne nie obrazi się za pożyczenie jego własności.
          Odblokowałam telefon, klikając na ikonkę przeglądarki i wpisując nazwę swojego bloga. Zalogowałam się do systemu, wygodnie się układając, przez chwilę się zastanawiając, aż w końcu powoli zaczęłam dotykać kolejne literki na ekranie. Nie zwracałam uwagi na to co działo się obok mnie, teraz liczył się dla mnie tylko wymyślony Zayn i jego odczucia.

'' Trzasnąłem ze złością drzwiami, wychodząc z domu dziewczyny i szybko zbiegając po schodach. Nie zwróciłem uwagi na to, że nie miałem na sobie kurtki, a przez chłód panujący wokół mogę być chory. Adrenalina i duma nie pozwoliła mi na zawrócenie, chociaż na chwilę.
- Pieprzona masochistka - warknąłem wsiadając do samochodu i odpalając silnik. Szybko wycofałem auto z podjazdu, czując jak na coś wjeżdżam. Zerknąłem w tylne lusterko, klnąc głośno, kiedy zorientowałem się, że własnie przejechałem kota Mii. Wcisnąłem gwałtownie hamulec, próbując opanować emocje, jednak po chwili, pędziłem ulicą w stronę centrum. Wiedziałem, że dziewczyna nie daruje mi przejechania jej kota, jednak w obecnej chwili to była jedyna rzecz którą się nie przejmowałem. - Ja pierdole, po co w to wchodziłem?
     Skręciłem gwałtownie na stację benzynową, szybko wychodząc z samochodu i zgarniając kilka butelek alkoholu. Rzuciłem zwitek banknotów na ladę i nie czekając na wydanie reszty wyszedłem ze sklepu. 
     Przez kilka pierwszych minut włóczyłem się bez celu po mieście, aż w końcu zatrzymałem się - o ironio - w naszym stałym miejscu. Z gorzkim uśmiechem na ustach usiadłem pośród zieleni i otwarłem pierwszą butelkę. Telefon cały czas wibrował w mojej kieszeni, jednak nie miałem ochoty aby rozmawiać z kimkolwiek. Chciałem pobyć sam.
     Wyrzuciłem ostatnią pustą butelkę, kładąc się na trawie i wpatrując w rozgwieżdżone niebo nade mną. Westchnąłem cicho, przecierając twarz dłonią, starając się opanować zbierające się w moich łzy. Nie rozumiałem, jak mogłem tak szybko przywiązać się do Mii, dodatkowo zakochać się w niej. Ja - Zayn Malik, który obiecał, że nigdy nie dopuści do siebie żadnej dziewczyny...
     Jeszcze żadna kłótnia z dziewczyna nie doprowadziła mnie do takiego stanu. Jeszcze nigdy nie ryczałem po niej jak dziecko... a może to wina tego cholernego kota? W końcu byliśmy tak jakby ''przyjaciółmi''.
     Jęknąłem cicho, przypominając sobie rozjechane futerko, uderzając tyłem głowy o ziemię. Wyciągnąłem telefon z kieszeni kurtki, wybierając jeden z numerów, ignorując przybywające połączenia.
- Stary, wiem, że to brzmi niepoważnie...- zacząłem, kiedy po drugiej stornie odezwał się zaspany głos mężczyzny - ale potrzebuję kota. Najlepiej małego kota.''

- Co ty robisz?
          Drgnęłam przestraszona, kiedy śpiący Liam odezwał się. Zerknęłam na niego nieprzytomnie nie rozumiejąc o co mu chodzi. Dopiero po kilku sekundach zrozumiałam.
- Wybacz - mruknęłam szybko zapisując szkic i oddając mu telefon - Nie chciałam cię budzić, więc postanowiłam, coś napisać na bloga...
          Szatyn westchnął cicho, drapiąc się po karku i rzucając telefon na białą pościel. Przeciągnął się, zerkając na wiszący na ścianie zegar.
- Pisz, jeżeli chcesz. Do godziny, powinien być tutaj twój tata, wtedy zostaniesz wypuszczona do domu, jeżeli dobrze pójdzie...- powiedział powoli wstając. Zmarszczyłam brwi patrząc na niego, powoli analizując to co powiedział. Tata? Tata po mnie przyjedzie?
- Chcesz powiedzieć, że tata jedzie tutaj?- przerwałam chłopakowi. Liam zerknął na mnie, mrugając i powoli kiwając głową. - A... a m-mama?- zająknęłam się.
- Nie martw się, nic ci już nie zrobi. Idę do bufetu, chcesz coś?
          Pokręciłam głową, tępo wpatrując się w ścianę przede mną. Nie rozumiałam co Liam miał na myśli mówiąc, że mama nic mi już nie zrobi. Cały czas bałam się, że pojawi się w drzwiach i dokończy to co zaczęła w domu...
Ale jeżeli tata tutaj jedzie... to w końcu wszystko będzie w porządku, prawda?


**********
Cześć Wam!
Bardzo przepraszamy za brak odcinków, ale szkoła daje się we znaki :)
Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni z odcinka :) Powoli zbliżamy się do końca.
Ah, w przyszły weekend jadę do Krakowa pozwiedzać kilka uczelni. Odcinek pojawi się normalnie, Jesica go doda :D Więc bardzo Was proszę o motywację dla niej i zostawienie tutaj 10 komentarzy ^^
Zapraszam na Contract

niedziela, 18 października 2015

Chapter Thirteen


*************

Liam

     Telefon kolejny raz zderzył się z moją dłonią, jednak wizja pęknięcia ekranu nie była aż tak przekonująca, abym przestał to robić. Przesunąłem wzrokiem po białym korytarzu, niecierpliwie czekając na swojego przyjaciela, który lada chwila powinien się pojawić. Zdenerwowany oparłem bark o pobliską ścianę, odliczając w myślach kolejne sekundy.
       Sto dziewięćdziesiąt sekund później, obok mnie pojawił się zdyszany Niall. Ciężko opadł na plastikowe siedzenie, unosząc do góry jeden palec, nakazując mi milczenie. Uniosłem brew do góry, wywracając oczami, jednak posłusznie czekałem, aż blondyn sam się odezwie.
- Fani...- wysapał - Dowiedzieli się że tutaj jesteśmy.
        Drgnąłem nieznacznie, zamykając na chwilę oczy. Niemożliwym było przebywanie w jednym miejscu dłużej niż kilka dni, bez interwencji papsów czy fanów. Czy drudzy w przeciągu kilku minut mogli postawić cały świat na nogi, jedną - nawet nie potwierdzoną informacją. To, że byliśmy w Stanach nie było tajemnicą, jednak pobyt nowo odkrytej przez nas autorki fanfiction w szpitalu sprowadziłby ogromne kłopoty.
        Przeczesałem dłonią włosy, patrząc na blondyna w milczeniu. Żaden z nas nie miał pojęcia co mieliśmy zrobić w danej sytuacji. Ściągnięcie tutaj reszty chłopaków było niedorzeczne, a postawianie na nogi ochrony wzbudziłoby zbyt wielkie zainteresowanie Danielle. Doskonale pamiętałem jej przerażone oczy, kiedy dowiedziała się, że za kilka godzin przestanie być anonimową osobą.
       Horan skrzywił się, spoglądając na mijającego nas lekarza. Westchnąłem cicho, obchodząc dookoła korytarz.
- Nic nam nie powiedzą, nie jesteśmy z rodziny - mruknąłem cicho, wkładając ręce do kieszeni. Zrezygnowany usiadłem obok blondyna, tępo wpatrując się w ścianę naprzeciwko. W samochodzie dziewczyna wyglądała na poważnie ranną. Straciła dużo krwi - to byłem w stanie stwierdzić nawet bez pomocy lekarza. Nigdy nie widziałem tyle czerwonej cieczy na siedzeniach samochodu co w tamtej chwili. - Byłeś na policji?- spytałem badawczo spoglądając na przyjaciela.
- Zająłem się tym. - skinął głową, ściskając nasadę nosa - Sierżant nie był zbytnio zadowolony, kiedy się okazało, że to co mówiłeś było prawdą. - przeciągnął się, spoglądając na wciąż dzwoniący telefon. Wiadomość o naszej wizycie w szpitalu musiała obiegnąć już znaczną część świata. Co chwilę, na ekranie pojawiały się imiona reszty chłopaków, jednak żaden z nas nie pokwapił się aby odebrać, którekolwiek połączenie. Mieliśmy teraz ważniejsze sprawy do załatwienia - Dzwoniłeś do jej ojca? - zamrugałem zaskoczony.
- Przecież on jest we Francji. - jęknąłem, rzucając przyjacielowi krótkie spojrzenie. - Biznesmen, nie będzie miał czasu, aby pojawić się tutaj.
Kochający tatuś.
- Nie mamy innego wyboru. Danielle jest niepełnoletnia, a jej ociec podpisał naszą umowę. Sprawuje nad nią opiekę; tylko on może nam teraz pomóc.
        Zacisnąłem pięści, odchylając głowę do tyłu. Nienawidziłem, kiedy cała odpowiedzialność spadała na mnie. Poproszenie o pomoc to jedno, ale podjęcie odpowiedzialności za jeszcze jedną osobę to zupełnie co innego. Nie nadawałem się do tego. Wciągnąłem powietrze, wpatrując się w biały sufit. Wiedziałem, że Horan miał rację. Matka panny Jones jest aresztowana, więc  jej prawnym opiekunem został jej ojciec. A do czasu, kiedy on się tutaj nie pojawi... cała odpowiedzialność spada na mnie i Nialla.
        Gwałtownie wstałem sięgając po telefon blondyna, który jako jedyny miał zapisany numer ojca Danielle. Nie zastanawiałem się nad tym co mu powiem, liczyło się tylko to, aby jak najszybciej przyjechał do Stanów.
Nawet nie waż mi się teraz umierać Danielle. Nie będę się tłumaczył twojemu ojcowi.

~Michael~

        Samolot powoli unosił się w powietrze, kiedy uzgadniałem najważniejsze sprawy z moim asystentem. Telefon ze Stanów postawił mnie na równe nogi. Zupełnie nie interesowało mnie, że w samym środku dnia musiałem urwać się z pracy i wysłać na kilka ważnych spotkań mało doświadczonych ludzi. Ufałem, że wszystko pójdzie po ich myśli, a Christian da radę zapanować nad nimi wszystkimi. Najważniejsza w tamtym momencie była Danielle. Musiałem jak najszybciej dostać się na miejsce, żeby dowiedzieć się, co stało się mojej córce.
         Owszem, byłem bardzo zdziwiony kiedy zupełnie nieznany mi chłopak, w dość chaotyczny sposób zaczął opowiadać mi o tym, co miało miejsce. Nigdy nie podejrzewałbym, że moja była żona mogłaby w tak podły sposób traktować Dan. Jestem prawie pewien, że duży wpływ na to miał nasz rozwód.
          Zacisnąłem mocno pięści na podłokietnikach. Już dawno chciałem zabrać Danniele do siebie. Ze mną miałaby lepszą przyszłość. Teraz cholernie żałuję, że tak długo z tym zwlekałem, a moja córka przez cały ten czas przechodziła przez piekło.
          Westchnąłem cicho opierając głowę o fotel, tępo wpatrując się w malutkie okienko. Machnięciem ręki odesłałem stewardessę, nie mając ochoty na jakiekolwiek jedzenie. Przerzucałem telefon z ręki do ręki, przypominając sobie słowa chłopaka. Liam - jak się przedstawił - znalazł Dan w domu, całą pobitą i poranioną. Nawet nie chcę myśleć o tym co by się stało, gdyby w porę się tam nie zjawił.
           Ponownie wybrałem numer do Liama, wpadając nagle na pomysł. Wspominał o kłopotach z paparazzi, oraz ciekawskimi ludźmi podającymi się za pacjentów. Mam nadzieję, że kiedy tam przyjadę, całe zamieszanie już ucichnie.

*********
Odcinek pisany na zmianę z Jesicą xD
Pojawił się w końcu tata Dan, zadowoleni z takiego obrotu sprawy? 
Yep, odcinków nie było od 3 tygodni - baaaaaardzo przepraszam. Postaramy się już dodawać je normalnie ;)
Limitu komentarzy nie ma, aczkolwiek, jeżeli są jacyś chętni - dobrym słowem nie pogardzę :D
UWAGA CHAMSKA REKLAMA!

Zapraszam na CONTRACT
:)

piątek, 25 września 2015

Chapter Twelve


********

          Siedziałam na łóżku w swoim pokoju i nie mogłam uwierzyć, że to, co stało się zaledwie dwa dni temu, naprawdę miałam miejsce. Cały czas musiałam szczypać się po ręce, żeby uświadomić się w przekonaniu, że nie przebywałam w jakimś przepięknym śnie, który był spełnieniem kilku z moich najskrytszych marzeń. Owszem, cholernie żałowałam, że moja anonimowość skończy się w momencie, w którym opowiadanie zostanie udostępnione na stronie zespołu.
          Poczułam nieprzyjemne dreszcze, przechodzące wzdłuż mojego kręgosłupa. Miało to nadejść naprawdę w niedługim czasie, ponieważ już dzisiaj w nocy, około godziny dwudziestej pierwszej. Nerwowo popatrzyłam na zegarek i podniosłam się z siedzenia, ruszając do kuchni. Musiałam się czegoś napić. Suchość, jaką miałam w ustach doprowadzała mnie wręcz do szału. Nie obchodziło mnie nawet to, że spotkam po drodze matkę. Mogła sobie być, mam teraz znacznie ważniejsze problemy na głowie niż jej ciężka ręka.
Na przykład to, że świat w końcu pozna moją twarz.
          Zeszłam szybko ze schodów. Moje puchate skarpety ślizgały się na nich, przez co musiałam nieco zwolnić swojego kroku, żeby przypadkiem nie rozłożyć się na środku pokoju i nie dać swojej rodzicielce powodów do naśmiewania się ze mnie, czy rzucania w moim kierunku tych złośliwych komentarzy, których tak cholernie nienawidziłam. I bez nich wiedziałam, jak bardzo beznadziejna jestem.
          Zatrzymałam się w miejscu, słysząc głośne krzyki matki, kierowane pod adresem jakiegoś faceta. Zatrzymałam się przed wejściem do salonu i przycisnęłam plecy do ściany, wzrok nakierowując na tę stojącą na przeciwko mnie. Nie mieliśmy żadnych gości, przez co domyśliłam się, że kobieta musi rozmawiać z kimś przez telefon. Starałam się nie wydawać żadnych szmerów, żeby móc podsłuchać jak najwięcej.
- Jesteś głupim, skretyniałym idiotą, jeżeli myślisz, że oddam ci Danielle tak łatwo. Ona jest moja i tylko moja, rozumiesz to, do cholery?! - zacisnęłam dłonie w pięści, odchylając nieznacznie głowę do tyłu. Przymknęłam powieki. Ktoś o mnie walczył. Chciał mnie wyrwać z tego piekła. Istniała szansa, że w końcu będę mogła żyć normalnie, a nie jak prywatna niewolnica własnej matki.
Cholera, zgadzam się tu i teraz!
- Miałeś swoją szansę, dwa lata temu, przy rozwodzie. Nie skorzystałeś z niej, a później zerwałeś kontakt ze swoją córką. Nic już nie jesteś w stanie zrobić - zasłoniłam usta dłonią, domyślając się, że rozmawia z moim tatą. On naprawdę chciał o mnie zawalczyć? Zależało mu na tym, żeby zmienić moje gówniane życie na coś znacznie lepszego?
Dlaczego wcześniej do niego nie zadzwoniłam? Dlaczego tak szybko poddałam się i pogodziłam z okrutnym losem, mając ratunek na wyciągnięcie reki?
- Uważam tę rozmowę za zakończoną. Możesz walczyć. I tak nic tym nie wskórasz - usłyszałam jak matka odkłada mało delikatnie komórkę na szklany stolik do kawy. W jednym momencie zapomniałam o tym, po co wyszłam z pokoju. Rzuciłam się biegiem z powrotem do swojego królestwa.
         Niestety. Wypolerowana podłoga zdecydowanie nie była po mojej stronie. Pośliznęłam się i gdyby nie to, że wysunęłam do przodu ręce, uderzyłabym zębami o schody. Usłyszałam, jak matka zrywa się do biegu, żeby sprawdzić co robię. Nie czekałam na nią. Bałam się tak cholernie tego, co było nieuniknione. Podniosłam się i ponownie ruszyłam do pokoju biegiem. W ostatnim momencie weszłam do niego, i zamknęłam się w nim od środka. Wdrapałam się na łózko, od razu wciskając plecy w kąt i chowając się pod kołdrą. Po drodze zgarnęłam telefon. Weszłam w ostatnie kontakty i zadzwoniłam, nawet nie patrząc na numer.
- Słucham - zdziwiłam się, słysząc zaspany głos Liama po drugiej stronie.Cholera, zapomniałam, że kontaktowali się ze mną przed przyjściem po umowę. Trudno, jest już za późno, żeby zmieniać pomoc.
- Li proszę cię przyjedź do mnie, ona mnie zaraz zabije - załkałam. Tak naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, w którym momencie zaczęłam płakać. Usłyszałam, jak wstaje najprawdopodobniej z łóżka i zaczyna się zbierać.
-Co się stało Danielle? - jego spanikowany głos został całkowicie zagłuszony przez uderzenia, przez które moje drzwi trzęsły się we framugach. Zasłoniłam usta dłonią i zaszlochałam cicho wiedząc, że mojej matce na pewno uda się je wyważyć. W końcu była policjantką, umiała robić takie rzeczy.
- Otwórz to cholerne wejście ty mała suko! Dobrze wiesz, że i tak cię dopadnę - wiedziałam również, że mój koniec jest bliski. Mogłam się jedynie modlić, żeby Liamowi udało się przyjechać przed spaleniem moich zwłok.

Liam

          Byłem szczerze zdziwiony telefonem od Danielle. Na początku wydawało mi się, że będzie chciała zrezygnować z kontraktu z powodu jej zdjęcia, ale było to niestety niemożliwe. Modest! kazałby jej zapłacić ogromną sumę pieniędzy. Odebrałem, żeby upewnić się, że to właśnie o to chodziło. Byłem zaspany, ale to szybko odeszło, kiedy po drugiej stronie słuchawki usłyszałem łamiący się głos ciemnowłosej.
          Natychmiast poderwałem się ze swojego łóżka, czym obudziłem Nialla. Nie przejmowałem się tym. Z Danielle działo się coś naprawdę złego i musiałem to powstrzymać, zanim doszłoby do prawdziwej tragedii. Zignorowałem natarczywe pytania blondyna o to, dokąd wybieram się o tak później porze, zgarnąłem kluczyki od samochodu i zbiegłem po schodach, nie chcąc czekać na windę. Szybko wsiadłem do pojazdu, od razu odpalając silnik. Nie miałem nawet chwili do stracenia, bo wiedziałem, że Jones nie zadzwoniłaby, gdyby nie potrzebowała ratunku.
          Zatrzymałem się przed jej domem, po drugiej stronie ulicy. Podszedłem do drzwi, od razu w nie pukając. Zmarszczyłem brwi, kiedy po drugiej stronie upadło coś szklanego. Drewniana powłoka otworzyła się na oścież, ukazując wysoką kobietę. Była bardzo podobna do Dan, domyśliłem się więc, że musiała być jej matką. Wygładziła rozczochrane włosy i przybrała obojętny wyraz twarzy.
- Jeżeli jesteś znajomym Danielle, możesz już opuścić teren posesji. W innym wypadku zadzwonię na policję - zakomunikowała sucho. Zmarszczyłem jeszcze mocniej czoło. Nie rozpoznała mnie. Przechyliłem się nieznacznie w lewo. Byłem od niej o pół głowy wyższy, dzięki czemu mogłem zerknąć ponad jej ramieniem do wnętrza budynku.
- Dan zadzwoniła do mnie cała zapłakana. Przyszedłem sprawdzić, co się z nią stało - wyprostowałem plecy, chcąc pokazać kobiecie, że jej słowa w cale nie zrobiły na mnie wrażenia. Musiałem najpierw zobaczyć, czy z dziewczyną wszystko w porządku, dopiero później mogłem wrócić do hotelu, a rano - Londynu.
- Nie ma jej już w domu - prychnęła pod nosem i chciała zamknąć mi drzwi przed nosem, ale zanim to zrobiła dostrzegłem drobne ciało, leżące u szczytu schodów, znajdujących się na wprost od wejścia. Natychmiast pchnąłem drewniany prostokąt, po czym bezpardonowo wtargnąłem do środka i wbiegłem na piętro.
          Byłem więcej niż przerażony, kiedy drżącym ciałem okazała się cicho płacząca Danielle. Wziąłem ją ostrożnie na ręce. Szatynka natychmiast otworzyła szeroko oczy i popatrzyła na mnie przerażonym, sarnim wzrokiem. Wymusiłem lekki uśmiech, chociaż w cale tego nie chciałem. Jej twarz była cała posiniaczona i poprzecinana w wielu miejscach. Teraz już wiedziałem, co strąciło szklany wazon, którego odłamki walały się po całym piętrze. Na szczęście dziewczyna nie zaczęła się wyrywać, tylko wtuliła się we mnie. Zszedłem szybko na dół. Ominąłem wściekłą kobietę i podszedłem do swojego samochodu.
          Otworzenie tylnych drzwi i położenie Danielle na siedzeniach było jednym z trudniejszych zadań, jakie miałem w życiu. Kiedy w końcu mi się to udało i przy okazji nie zrobiłem jej żadnej krzywdy, odpaliłem silnik i ruszyłem w kierunku centrum miasta, mając cichą nadzieję, że po drodze minę jakiś szpital, a nie radiowóz, zajmujący się pomiarem prędkości i wyłapywaniem piratów drogowych.

Danielle

         Czas, w którym czekałam na ratunek ze strony Liama był niczym lepszym jak piekłem. Moja matka bezlitośnie rzucała mną po całym domu i wyzywała od najgorszych. Błagałam ją, żeby przestała. Obiecywałam, że już nigdy więcej nie skontaktuję się z ojcem. Przysięgałam, że postaram się lepiej sprzątać dom i wykonywać swoje obowiązki. Jednak ona mnie nie słuchała. Powtarzała tylko, że jestem wredną, zdradziecką żmiją, która w ogóle nie powinna się urodzić. Jestem pewna, że wtargnięcie Payne'a jedynie pogorszyło moją sytuację. Natychmiast poruszyłam się na tylnych siedzeniach jego samochodu.
- Muszę wrócić do domu - wymamrotałam, otwierając oczy. Podparłam się na jednej ręce, automatycznie krzywiąc mocno, kiedy poczułam kłujący ból, rozchodzący się wzdłuż prawego ramienia. Pamiętam, że dość mocno uderzyłam nim o ścianę.
- Nie, musisz teraz pojechać do szpitala, żeby później móc przeprowadzić się do swojego ojca - mruknął cicho, patrząc na mnie w lusterku wstecznym. Zmrużyłam powieki, kiedy światła ulicznych latarni zaczęły mącić mi w głowie. Poczułam zawroty, które spowodowały nieprzyjemne nudności. - Tylko mi tutaj teraz nie wymiotuj. Już i tak będę musiał wyczyścić tapicerkę z twojej krwi - westchnął ciężko, odwracając spojrzenie na drogę. - Modest! mnie zabije - dodał jeszcze półszeptem.
- W takim razie nie rozumiem, po co po mnie przyjechałeś. Same z tym kłopoty - westchnęłam, kładąc głowę z powrotem na siedzeniach. Miałam dość. Czułam, że słabnę. Liam pewnie tgo nie zauważył, ale z tyłu głowy miałam głęboką ranę, która obficie krwawiła.
- Słyszysz siebie samą? - zaśmiał się gorzko. - Gdybym nie przyjechał, to ta kobieta najprawdopodobniej by cię zabiła - syknął, zaciskając zęby.
- Nikt by na tym nie stracił - mruknęłam pod nosem.
             Po moich słowach w samochodzie zapanowała cisza. Słyszałam jedyne ciche dźwięki, wydawane przez radio, ustawione na stację z jakimiś rockowymi kawałkami. Nie byłam w stanie myśleć. Mózg bolał mnie coraz bardziej, a obrazy dookoła nieprzyjemnie się rozmazywały. Poczułam, jak coś spływa po moim policzku. Dotknęłam tego i popatrzyłam na opuszki palców. Krew. Z nosa zaczęła cieknąć mi krew.
- Danielle? - usłyszałam przez mgłę głos Liama. Nie byłam w stanie odpowiedzieć. Wydaje mi się, że właśnie w tamtym momencie zemdlałam...

 ~*~
Da bum tss!
Tak, dzisiaj wita się z wami Jesica Evans ;d
Rozdział napisałam w rekompensacie za to, że ostatnio zostawiłam Charlie samą sobie. Naprawdę nie miałam czasu, a dziś usiadłam przed komputerem tylko dlatego, że poszłam spać po szkole i obudziłam się dopiero o dwudziestej, przez co nie chciało mi się już siadać do lekcji.
Tak na marginesie. Wróżę sobie świetlaną przyszłość w II liceum. Od pierwszego września zdążyłam już dostać dwie szmaty i zgłosić trzy enki. Nic poza tym xd
Mało ważne.
Trochę długi mi ten rozdział wyszedł. Mam jednak nadzieję, że przypadł wam do gustu i wyrazicie swoje opinie - zarówno te pozytywne jak i nie :)
Pozdrawiam i dobranoc,
Evansik xox

sobota, 19 września 2015

Chapter Eleven


*********

        Papiery leżące na moim biurku raziły oczy za każdym razem kiedy na nie spojrzałam. Bałam się je przeczytać, a co gorsza bałam się zgodzić na propozycję chłopaków. Jasne, że kochałam pisać, ale nie miałam pojęcia czy koniecznie widziałam siebie w roli pisarki. Do tego trzeba było mnóstwa czasu, cierpliwości i kreatywności, a ja nie miałam żadnego z nich.
         Westchnęłam głośno, chwytając umowę i chowając ją do szuflady. Wolałam aby mama nie dowiedziała się o niej - nie wiadomo co mogłoby wpaść jej do głowy. Na pewno nie pozwoliłaby na to, abym zajęła się pisaniem, tym bardziej pisaniem fanfików o zespole, o którym nawet nie miała pojęcia. Rzuciłam się na łóżko, wygrzebując spod pleców mój telefon. Chciałam zając się czymś przyjemnym i oderwać się na chwilę od problemów. Przesunęłam palcem po ekranie, spoglądając na zapełnioną pocztę. Leniwie dotknęłam jego z maili, poprawiając się i czytając najnowsze komentarze.
''Mia i Zayn są tacy hajdbsaiuqdqhjb! Błagam niech się w końcu zejdą, to aż boli, kiedy czytam, że są nadal osobno... A co do Twojego pytania, to masz racje, nie powinnaś tolerować tego, że ktoś bezczelnie kopiuje Twoja pracę. Nie martw się, zajmiemy się tym! Życzę weny i czekam na następny!''
          Uśmiechnęłam się do siebie, czytając te wszystkie komentarze. Wierzyłam w to, że moi czytelnicy zawsze będą ze mną i pomogą rozwiązać mi wiele problemów. Przygryzłam wargę, powoli odwracając wzrok w kierunku szuflady. Może powinnam się zgodzić? Przecie to tylko i wyłącznie dzięki nim ktoś tak wysoko postawiony zauważył moją pracę.
          Westchnęłam ciężko, przerzucając wzrok na ścianę. Nie podobało mi się to, że żeby spełnić swoje marzenia musiałam najpierw powiedzieć o nich matce. W końcu to właśnie ona była tą osobą, która chciała je wszystkie zniszczyć. Podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam je ramionami, zaczynając kołysać się w te i z powrotem. Zawsze tak robiłam, gdy musiałam porządnie zastanowić się przed podjęciem jakiejś decyzji. Zmarszczyłam brwi, wpadając na jeden, całkiem niegłupi pomysł.
          Co gdybym poprosiła tatę o pomoc. Sąd nigdy nie orzekł, kto miał się mną opiekować. Przynajmniej ja pamiętam tylko sprawę rozwodową. Co za tym idzie, on w dalszym ciągu był moim prawnym opiekunem i mógł podejmować decyzje o moim wychowaniu. Szeroki uśmiech, który nieoczekiwanie pojawił się na mojej twarzy szybko jednak zniknął, a mnie dopadła rzeczywistość. Gdyby tatę przejmowało to, co się ze mną dzieje na pewno zaprosiłby mnie do swojego nowego życia, a nie ignorował przez kilka ostatnich lat.
W ten właśnie sposób wracam do punktu wyjścia...
          Westchnęłam ciężko, doskonale wiedząc, jak to wszystko się skończy. Odeślę dwóch członków One Direction z kwitkiem. Zamiast zastanawiać się, co zrobić, żebym mogła skorzystać z ich oferty, powinnam pomyśleć nad tym, co powiedzieć, żeby mnie nie znienawidzili.
          Podniosłam się z łóżka i zeszłam do kuchni. Musiałam się czymś zająć, żeby nie zaprzątać sobie myśli tą cholerną umową. Myśl, że stracę szansę do zaistnienia tylko dlatego, że do osiemnastych urodzin zabrakło mi kilka miesięcy, bolała.
          Otworzyłam lodówkę i pobieżnie zmierzyłam wzrokiem wszystkie produkty, jakie się w niej znajdowały. Powoli sięgnęłam po jabłko, wgryzając się w nie i wpatrując się w pusta ścianę naprzeciwko mnie. Żałowałam że nie urodziłam się kilka miesięcy wcześniej i nie mogę decydować o sobie. Gdyby nie to ze Niall i Liam są najrozsądniejsi z zespołu, pewnie próbowałabym jakoś obejść tę zasadę. Wygląda na to, że wszystko było przeciwko mnie.
          Kolejne godziny upłynęły mi na sprzątaniu domu i przygotowywaniu wszystkiego na powrót mamy. Wolałam przygotować się wcześniej niż potem znosić kolejne wyzwiska przez moje lenistwo. W końcu - po kilku godzinach bezustannego szorowania, zmęczona opadłam na kanapę, chcąc odpocząć przez kilka sekund.
A może warto jednak spróbować...
          Powoli odblokowałam ekran telefonu, wahając się przy wyborze numeru. Ciąg cyfr jednak pojawił się zbyt nagle i zanim zdążyłam zrezygnować, po drugiej stronie ktoś podniósł słuchawkę...
-Oui?*- przełknęłam ślinę, czując jak głos zamiera mi w gardle -Qui a dit?** - Francesca.
- Francesca... - jęknęłam. Na kilka sekund zaległa cisza, a po chwili usłyszałam radosny głos kobiety:
- Danielle! Dziecko drogie, dlaczego tak długo się nie odzywałaś? Czekaj, już wołam Michaela. Michael!- mimowolnie na moje usta zawitał delikatny uśmiech.
          Francesca zawsze traktowała mnie jak swoje dziecko. Była moją przyjaciółką, mogłam jej powiedzieć o wszystkim... no, prawie wszystkim. Gdyby wiedziała co się dzieje, bez wątpienia musiałabym wylecieć do Francji. Mimo, że to byłoby zdecydowanie dla mnie lepsze, nie chciałam tego.
- Dan, to ty?- skinęłam głową, zapominając na moment, że tata mnie nie widzi. Szybko się poprawiłam. - Co słychać u ciebie? Stało się coś?
           To był doskonały moment, by powiedzieć tacie co się dzieje naprawdę u mnie w domu. Wiedziałam, że nie zostawiłby tego bez podjęcia odpowiednich kroków. Mimo wszystko nie chciałam przeprowadzać się do Francji - co było niemal pewne. Wolałam poczekać jeszcze kilka miesięcy, a w dniu kiedy będę pełnoletnia, wyprowadzić się od mamy. Wcześniej jednak musiałam znaleźć pracę, aby mieć pieniądze na utrzymanie. Zgaduję, że moje konto bankowe, utworzone przez tatę zostało zamknięte.
- Nie wszystko okej - skłamałam. Odgarnęłam włosy z czoła, szykując się do wypowiedzenia kolejnego zdania. - Tato... potrzebuję twojej pomocy. A dokładniej... twojego podpisu.

~*~

         Z niedowierzaniem wpatrywałam się dokument, gdzie widniał podpis ojca. Kontrakt został podpisany przez jednego z rodziców, a ja mogłam zacząć współpracować z One Direction. Czy byłam zadowolona z tego faktu? Określenie przerażona bardziej pasowało. Nie miałam pojęcia jak to będzie wyglądać, jak zareagują ludzie albo media. Nie miałam doświadczenia z show biznesem, a ngle z dnia na dzień miałam być jego częścią. To wszystko napawało mnie lękiem.
         Schyliłam się, podając papier drżącą ręką. Chwilę później znajdował się w posiadaniu zespołu, który od dzisiaj mógł decydować o wszystkim co było związane z moim blogiem.
Nie tego własnie chciałaś?
- Świetnie! - Niall entuzjastycznie klasnął w dłonie, wrzucając dokument do teczki. W jego niebieskich oczach lśniły radosne ogniki. Wyglądał jak małe dziecko, któremu obiecało się wyjście do wesołego miasteczka. - Nawet nie masz pojęcia jak się cieszę!
          Uśmiechnęłam się, przenosząc wzrok na Liama. Chłopak wystukiwał coś na swoim laptopie, a po chwili obrócił go w moją stronę.
- Tutaj - ruszył kursorem skupiając uwagę na pustym polu - za kilka dni pojawi się nowa rubryka. Tam będzie odnośnik do twojego bloga w oryginale, pod spodem odnośnik do tłumaczeń. Na samym dole - strona zjechała na sam dół - będzie twoje zdjęcie i kilka słów. Nic wielkiego. Zgadzasz się?
- Czy moje zdjęcie musi tam być?- zapytałam cicho. Może jednak uda się tego uniknąć?
- Niestety, ale musi. Zgadzasz się?
            Westchnęłam cicho. Nie miałam wyboru - umowa została podpisana, a ja muszę się do niej dostosować.
- Zgoda.
Wygląda na to, że pora nacieszyć się ostatnimi chwilami anonimowości.

*********
* Tak?
** Kto mówi?
Tak, google tak bardzo pomocne ;-;

Bardzo przepraszam za tak długą nieobecność. Szkoła... 3LO, matura.... błagam zabijcie mnie :)

sobota, 1 sierpnia 2015

Chapter Ten


*******

~Liam~

          Moment, w którym w końcu stanęliśmy na płycie lotniska LAX w Los Angeles, był jednym z piękniejszych w moim życiu. Nie mam pojęcia dlaczego, ale strasznie źle zniosłem podróż. Przez całą drogę czułem nudności, a świat przed oczami nieustannie mi się kręcił. Chciałem po prostu usnąć, jednak jakieś wyjące dziecko skutecznie mi to uniemożliwiało. Przetarłem skronie, zamykając na kilka sekund oczy. Plecy strasznie mnie bolały. Spanie w fotelu najwyraźniej nie było najlepszym pomysłem. Jednak nie żałuję tego, w końcu ja mogłem spać na tylnych siedzeniach w samochodzie, a Niall musiał go prowadzić.
- Żałuję, że nie mogę zdjąć tej cholernej bluzy.Tutaj jest tak gorąco, że zaraz się roztopię - westchnąłem, chcąc rozpocząć jakąkolwiek konwersację ze swoim przyjacielem. Nienawidziłem, kiedy pomiędzy nami panowała zupełna cisza.
- Właśnie w takich momentach cieszę się, że nie mam żadnych tatuaży - zaśmiał się blondyn, nasuwając na oczy okulary przeciwsłoneczne i czapkę z daszkiem na głowę. - Przynajmniej jestem pewny, że żadna fanka nie rozpozna mnie po ''ramionach'' - poruszył brwiami, odbierając nasze torby i zarzucając sobie na plecy. Bez słowa ruszyłem za nim, unikając jakiegokolwiek kontaktu z osobami, które potencjalnie mogły być naszymi fanami. Wolałem aby cała nasza wyprawa tutaj, pozostała w tajemnicy. 
      Przed budynkiem było tak samo dużo ludzi, jak w środku. Westchnąłem zrezygnowany siadając na pobliskiej ławce, ignorując paplanie Nialla przez telefon. Wyglądało na to, że załatwiał nam transport do miejsca, gdzie mieliśmy spędzić kilka pobliskich godzin. Rozejrzałem się znudzony dookoła, chcąc znaleźć coś, co zaciekawi mnie choćby na kilka pobliskich minut. Zmrużyłem oczy skupiając wzrok na małej płaczącej dziewczynce siedzącej na krawężniku. Rączki miała przyciśnięte do oczu, a po zaróżowionych policzkach spływały łzy. Wyglądało na to, że była zupełnie sama - wokół niej nie kręcił się żaden dorosły.
     Niepewnie wstałem, powoli podchodząc do dziewczynki, przysiadając się do niej i ściągając kaptur z głowy. Nie chciałem, aby jeszcze bardziej się przestraszyła.
- Cześć - powiedziałem uśmiechając się. Blondyneczka skuliła się jeszcze bardziej, nie spoglądając w moją stronę. Pokręciłem głową poprawiając okulary. Zerknąłem do tyłu widząc Nialla odwróconego do nas plecami, nadal z telefonem przyciśniętym do ucha. - Gdzie twoja mama? Zgubiłaś się? - ponownie zwróciłem się do dziewczynki, modląc się w duchu o jakąkolwiek reakcję. Nie miałem pojęcia jak zachowywać się w stosunku do dzieci; to zawsze Niall albo Harry zagadywali naszych najmłodszych fanów. Uśmiechnąłem się szerzej, kiedy dziecko skinęło główką, przecierając załzawione oczka. Mogła mieć co najwyżej pięć lat. - Wiesz, byłoby łatwiej, gdybyś powiedziała mi jak się nazywasz.
     Dziewczynka powoli spojrzała na mnie, pociągając noskiem. Rozczuliłem się na ten widok, wyciągając z kieszeni bluzy chusteczki. Delikatnie wytarłem jej policzki, lekko ją łaskocząc. 
- Nazywam się Stella - wysapała śmiejąc się. Uśmiechnąłem się triumfalnie. - A to Niam.- powiedziała wskazując na leżącego obok niej misia. Zaskoczony spojrzałem na nią, nic nie rozumiejąc. 
- Niam? Jest takie... imię?- zapytałem niepewnie.
- Oczywiście, że jest! - żachnęła się. Zaśmiałem się cicho z jej oburzenia i gniewnego spojrzenia. - To połączenie imion Liasia i Nialla. 
     Pokiwałem głową zagryzając wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem. Oczywiste było to, że Stella nie wiedziała kim byłem. Ponownie spojrzałem na przyjaciela, który przyglądał się nam teraz z zaciekawieniem. Machnąłem na niego dłonią, każąc się zbliżyć.
- A poznałaś kiedyś Nialla albo Liama?- mimo, że mieliśmy nikomu się nie zdradzać z naszą obecnością tutaj, chciałem ją uszczęśliwić. Co mogła zrobić mała dziewczynka? Przecież nie zacznie krzyczeć na całą ulicą kim jesteśmy. Na litość Boską, ma dopiero 5 lat! - A chciałabyś?- dodałem, kiedy pokręciła przecząco głową. Jej oczy rozbłysły z podekscytowania, energicznie kiwając główką. Spojrzałem znacząco na siedzącego obok nas Nialla, który po chwili ściągnął okulary.
     Z ust dziewczynki wyrwał się wesoły pisk, a w następnej sekundzie wisiała na szyi blondyna. Irlandczyk zaśmiał się, obejmując dłonią jej chude ciało i przyciągając do siebie. Rozejrzałem się, a kiedy zauważyłem ochroniarza lotniska, skierowałem się w jego stronę. Po kilku minutach mężczyzna przekazywał podstawowe informacje o wyglądzie dziewczynki przez interkom. Odetchnąłem z ulgą, wracając do pozostawionej samej sobie dwójki. Stella radośnie uśmiechała się do Nialla, ściskając mocno w swojej dłoni pluszowego misia. Na moją twarz mimowolnie wpłynął szeroki uśmiech, kiedy zadowolony chłopak założył na jej nosek swoje okulary, które oczywiście były o kilka rozmiarów za duże. Usiadłem obok nich, wpatrując się w swoje buty, czekając, aż rodzice dziewczynki pojawią się w zasięgu wzroku.
- Mama!- drgnąłem, kiedy blondyneczka nagle krzyknęła, wykręcając się w ramionach Nialla. Horan postawił ją na ziemi, a po chwili dziewczynka znalazła się w ramionach zapłakanej kobiety. Niepewnie podszedłem do nich znacząco chrząkając. Kobieta uniosła wzrok, chwytając małą pod paszki i unosząc.
- Nawet nie mam pojęcia jak wam dziękować...- powiedziała, z wdzięcznością w glosie. Kurczowo ściskała ciałko córeczki, jakby bała się, że  ponownie się zgubi - odwróciłam się tylko na chwilę, a zaraz potem już jej nie było. Jeszcze raz wam dziękuję.
- To nic takiego - Niall machnął ręką uśmiechając się. - Do zobaczenia Stella - mrugnął do dziewczynki, na co radośnie się zaśmiała. Pokiwałem głową kobiecie na pożegnanie, wracając do ławki i siadając na niej. - Samochód jest w drodze.
     Westchnąłem, opierając głowę na ręce. To był dopiero początek dnia, a ja już miałem dość.

~Danielle~

    Zaspana uniosłam głowę, tępo wpatrując się w ścianę przede mną. Rozejrzałam się po pokoju, próbując zlokalizować przedmiot, który wybudził mnie z mojego snu. Leniwie przeciągnęłam się, zamierając kiedy ponownie usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi. Tym razem dłuższy i bardziej natarczywy. Wywróciłam oczami, ostatecznie zsuwając się z łóżka i maszerując w kierunku drzwi. Zanim chwyciłam klamkę, dzwonek odezwał się kolejny raz. Zasłoniłam usta ręką, kiedy zaczęłam ziewać, ciągnąć klamkę do siebie i otwierając drzwi. Zmrużyłam oczy, próbując rozpoznać osobę dla której wstałam z ciepłego i miękkiego łóżka.
     Pierwsze co zauważyłam to dwie pary nóg, odziane w ciemne rurki. Leniwie podnosiłam wzrok, chcąc skupić się na twarzach nieznajomych. Zamrugałam oczami wyostrzając obraz i spoglądając jeszcze raz.
O kurwa. Mam halucynacje. 
- Co...?- wykrztusiłam, kiedy rozpoznałam dwóch chłopaków niedbale stojących przede mną. Niall Horan i Liam Payne. - Co się dzieje?
     Chłopcy wymienili się spojrzeniami, nerwowo przestępując z nogi na nogę.
- Danielle Jones?- Niall niepewnie zapytał. Skinęłam głową w odpowiedzi nadal zbyt zszokowana, aby cokolwiek powiedzieć.- Nas pewnie już znasz... jednak się przedstawimy. Niall Horan i Liam Payne - wskazał najpierw na siebie a potem na chłopka obok. - Chcieliśmy porozmawiać i być może złożyć pewną propozycję. Można? - spojrzał w głąb domu, dając mi tym samym do zrozumienia, że chcieliby wejść do środka.
     Odsunęłam się wpuszczając ich i dokładnie zamykając drzwi. Cieszyłam się, że wczoraj wysprzątałam cały dom, a mama miała spóźnić się dwa dni. Przynajmniej dwa problemy mam z głowy.
     Salon wydawał się w obecnej chwili dziwnie mały, kiedy naraz znalazły się w nim trzy osoby. Zacisnęłam dłonie, niemo wpatrując się w chłopaków, którzy cicho uzgadniali coś między sobą. Zmrużyłam oczy, nieznacznie chrząkając, aż Liam powoli uniósł głowę i uśmiechnął się pocieszająco.
- Danielle...- chrząknął - Nie jesteśmy tutaj bez powodu, jednak skoro nadal nie masz osiemnastu lat... nie możemy niczego ci zaproponować bez obecności twoich rodziców.- powiedział ze współczuciem. Uniosłam brew zaciekawiona, kręcąc głową.
- Mama będzie za dwa dni, równie dobrze możecie powiedzieć mi teraz o co chodzi. - mruknęłam zakładając dłonie na piersi. - Czym sobie zasłużyłam na wizytę dwóch członków One Direction?
      W oczach Nialla dostrzegłam błysk rozbawienia. Wywróciłam oczami, czekając, znacząco patrząc na Liama. Payne podrapał się po karku w końcu kiwając głową na zgodę. Opadł na kanapę, jednocześnie rzucając na stół czarną teczkę. Powoli podniosłam ją, otwierając i spoglądając na leżące tam papiery.
- Chcemy, aby twoja historia była oficjalnym opowiadaniem o One Direction - usłyszałam, kiedy czytałam pierwszą stronę.
To chyba jakiś pieprzony żart.
         

*********
Przepraszam, że odcinka nie było tydzień temu.
Charlie przeprasza, że nie było go tydzień temu, a ja za to, że stało się to głównie z mojej winy. mam nadzieję, że wybaczycie. Czasami są w życiu sprawy ważniejsze od bloggera. Po prostu.

15 komentarzy = next!